JAK ZARABIA SIĘ NA BEZDOMNYCH W ANGLII?

Dzisiaj raz na zawsze postanowiłam rozprawić się z tematem ludzi bezdomnych. Przez chwilę myślałam, że może nawet wydam o nich książkę, ale tamten moment już dawno minął.

Ci z was, którzy czytają mnie od początku, pewnie pamiętają moją pracę a tym samym blogową serię o życiu ludzi bezdomnych. Wiele osób pisało, że to całkiem dobra lektura na jeden wieczór. Czas najwyższy dokończyć serię. Wszystko znajdziecie na blogu. Najlepiej zacząć od pierwszego wpisu.

Przed wami tekst, który napisałam któregoś dnia w pracy. Przez wzgląd na tamte wydarzenia postanowiłam nie zmieniać czasu na obecny. Niech będzie niczym wycinek przeszłości, który odda wszystkie tamte emocje i przemyślenia.


„Jesteśmy ludzcy, póki coś się opłaca, czyli o tym, jak dla niektórych liczą się tylko pieniądze.”

Nie wiem za bardzo, od czego zacząć. Dzisiejszy dzień to jeden z tych fizycznie najcięższych, jakie w schronisku mogły mi się przytrafić. Jest godzina 21:40 i mogę oficjalnie przyznać, że zakończyłam swoją zmianę. Oczywiście do jutra do 10:00, jestem cały czas na warcie, ale sprzątanie mam już za sobą. 14 h pracy odliczając przerwę, doprowadziło mnie dzisiaj niemal do płaczu. W takich momentach często pytam się samej siebie: Dlaczego pozwalam by inni tak mnie wykorzystywali lub jak długo jeszcze mam zamiar to ciągnąć?

Jak wiadomo nie pracuje tu za darmo. £95 za dzień wydaje się całkiem ok, zwłaszcza jeżeli ktoś przelicza to na złotówki. W tutejszej walucie nie robi to jednak jakiegoś większego wrażenia. 72 godziny pracy, bo tyle tutaj spędzam, nie jest warte £250 na rękę po odliczeniu podatków. Kiedy podzielimy to na 72 godziny wychodzi całe £3,47 na godzinę, czyli ponad połowę mniej niż najniższa krajowa. Ktoś mi może powiedzieć, że przecież od 24:00 do 6:00 rano śpię. Na razie podczas 4 miesięcy mogłabym policzyć na palcach jednej ręki w pełni przespane noce. Nie koloryzując średnio wstaje 3-4 razy w nocy zdarza się, że regularnie co godzinę, ponieważ bezdomni zawsze znajdą powód, by mnie obudzić. Nie ważne czy chodzi o zatrzaśnięcie pokoju, poproszenie o herbatę, wezwanie karetki czy zwykłe wyjście z budynku i uruchomienie alarmu. Obiecane 6 godzin snu na rozmowie o prace, zdaje się teraz jedną wielką bujdą.

Dzisiejszy dzień zaczął się o 7:00Otworzyłam budynek, wzięłam zimny prysznic, bo z jakichś powodów od trzech tygodni nie ma w naszej łazience ciepłej wody. Zła, że nie można się nawet porządnie wykąpać postanowiłam, że zacznę wykonywać całą listę obowiązków, no bo przecież trzeba dać mi zajęcie, żebym się za bardzo nie nudziła. Do 10:00 myłam starą lodówkę z zamrażalką, bo dzień wcześniej jedna się popsuła i trzeba było włączyć starą. Potem prałam dywany (rugi) i jednocześnie wydawałam śniadania.

Od 10:00 dostałam informacje, by sprawdzić wszystkie materace w trzech pokojach (15 łóżek) czy aby na pewno nie są poplamione a po tem je pozamieniać. Szefowa zdecydowała się przyjąć gości prywatnych, bo trafiło na wolniejszy dzień i nagle biznes słabo się kręci. Jak wiadomo klient prywatny jest bardziej wymagający niż bezdomny więc wszystko musi być czyste. Oprócz sprzątania, przez następne kilka godzin stawałam na głowie, by znaleźć 15 czystych materacy. To niczym szukanie igły w stogu siana. -> (czyt. bezdomni nie szanują niczego, dlatego obsikanie materaca, wylanie na niego kawy czy zgaszenie w nim papierosa to codzienność) Kiedy udało mi się je znaleźć, musiałam jeszcze posprzątać wszystkie toalety, prysznice, umyć zapleśniały sufit w łazienkach, posprzątać dwie kuchnie (w tym jedna była bardzo długo nieużywana więc wymagała dłuższego sprzątania) do tego posprzątać kolejne 19 pokoi, wyrzucić śmieci, zrobić kolejne tony prania, odebrać całą masę telefonów i odpowiadać na pytania moich bezdomnych. Kiedy myślałam, że już wszystko skończyłam najgorsze było dopiero przede mną. Po angielsku mówimy na to MOVING > tłumacząc na polski — przenoszenie czy przemieszczanie.

Biznes musi się kręcić.

Jedną z bardzo niesprawiedliwych rzeczy, jakie zauważyłam i jakie odbywają się w schronisku codziennie to przemieszczanie bezdomnych z pokoju do pokoju. Już wam powiem, o co chodzi. Wyobraźcie sobie, że macie 3 pokoje. W pierwszym jest jedno łóżko zajęte przez kobietę, w drugim są dwa łóżka zajęte przez 2 mężczyzn a w trzecim największym są aż 3 łóżka i tylko jedna kobieta, która ma prawo do własnego pokoju. Kiedy okazuje się, że wszystko jest już zajęte, nagle do schroniska przychodzi osoba, która została pozbawiona przez moją szefową pokoju, ponieważ od półtora tygodnia nie pojawił się w schronisku. Naturalna kolej rzeczy jest taka, że jeżeli ktoś nie pojawił się w schronisku na pierwszą noc, następnie drugą i trzecią, to nie potrzebuje łóżka do spania i powinien być natychmiast wymeldowany, ale w schronisku pieniądze przecież muszą się zgadzać. Craig, który zniknął na półtora tygodnia, został spakowany, jego rzeczy przeniesione do schowka, a jego pokój wynajęty komuś innemu. Moja szefowa, zamiast go wymeldować, pobierała za niego pieniądze przez cały ten czas, mimo że go nie było. Council nigdy do niego nie dzwonił i o jego osobę nie pytał więc możemy tu trochę naciągnąć sytuacje, a jak już ktoś tak jak on ma inteligencję emocjonalną 10-latka, to na pewno nie będzie pamiętał, kiedy był jego ostatni dzień a co za tym idzie, Council na pewno się nie dowie. Problem pojawia się wtedy, kiedy on przychodzi po półtora tygodnia i dowiaduje się, że nie ma gdzie spać, mimo iż oficjalnie nie jest bezdomny, bo przecież za niego płacą. Wtedy by nie stracić chodzącej skarbonki pieniędzy, za którą dostaje się dwa razy więcej pieniędzy niż za zwykłego bezdomnego (przez wzgląd na jego niepełnosprawność) trzeba poprzesuwać ludzi, by jemu znalazł się pokój.

Wracając do naszych pokoi, moim dzisiejszym zadaniem na świętą noc było posprzątanie trzech z nich, tak by on jako 4 osoba dostał swój własny. I tak dwóch mężczyzn przeniesiono do pokoju trzyosobowego plus dodano kolejnego, dwie kobiety przeniesiono do pokoju dwuosobowego, a Craig dostał jedynkę. Takim sposobem zostały poszkodowane 2 osoby. Craig był gotowy iść na ulice, gdyż nie było dla niego miejsca, mimo że rząd cały czas za nie płacił. Jedna z kobiet natomiast, która miała pokój w pojedynkę nagle musiała go z kimś dzielić.

Bezdomny to nie gość prywatny i jak się nie zna to nie ma nic do powiedzenia. On nie wybiera sobie pokoju. W jednym momencie w pokoju jest sam a w drugim dzieli go z 3 czy 4 innymi osobami, mimo że ma prawo powiedzieć nie. Dzieje się tak tylko dlatego, że osoby bezdomne, a zwłaszcza te, które są samotne, automatycznie są zobowiązane do dzielenia pokoju z innymi wyłączając pary, samotne matki z dziećmi i rodziny. Tak samo jest z Osobami niepełnosprawnymi, tymi po ciężkich przeżyciach lub psychicznie chorymi. Z reguły nie zdają sobie sprawy, że rząd płaci za nich więcej, by mieszkali sami. Nieświadomych bezdomnych tak właśnie się wykorzystuje.

Zdarza się tak, że i za zdrowe osoby Council płaci dwa razy więcej, niestety zdesperowana szefowa nie raz prosiła mnie bym w jej imieniu prosiła bezdomnego o wyświadczenie przysługi, by dzielił z kimś pokój. Oczywiście ci ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że mogą powiedzieć nie i wtedy padają ofiarami cudzej pazerności. Szefowa przyjmie wszystkie rezerwacje choćby miała spędzić następne 4 godziny na przenoszeniu walizek i proszeniu lub wykłócaniu się z mieszkańcami o zmianę pokoju. Wszystko przecież robi dla większych pieniędzy, a jeśli komuś nie podoba się idea dzielenia pokoju, może śmiało iść gdzie go nogi poniosą i spać na ulicy. Wtedy grzeczne proszenie o przysługę nie jest wyborem a właściwie emocjonalnym szantażem. Szantażem osoby, która nie ma żadnych innych możliwości wyboru, bo albo pójdzie jej na rękę, albo na ulicę.

Moje ogólne podejście do bezdomnych nie jest zbyt pozytywne. Nie będę ukrywać: nie darzę ich sympatią wręcz uważam za pasożyty, które wiecznie czegoś wymagają i nic nie dają w zamian. Z drugiej strony jak źli by nie byli to wciąż ludzie, którzy zasługują na ludzkie traktowanie. Może to 15 lat doświadczenia w prowadzeniu biznesu doprowadziło moją szefową do tego typu znieczulicy, sama nie wiem, prawda jest taka, że w jej przypadku ilość posiadanych pieniędzy jest zdecydowanie ważniejsza niż poczucie sprawiedliwości wobec drugiego człowieka.

Nie oszukujmy się, prywatny gość, który zapłaciłby za swój pokój, nigdy by się na coś takiego nie zgodził. Zmiany pokoju, dorzucanie do pokoju innych ludzi bez jego zgody czy przenoszenie jego rzeczy pod jego nieobecność to moim zdaniem dużo za dużo.

Przenoszenie rzeczy pod nieobecność bezdomnego to kolejna kwestia, którą uważam za jedną wielką niesprawiedliwość. Nikogo nie pytam o zdanie czy życzy sobie być z kimś w pokoju, po prostu stawiam go przed faktem dokonanym, robiąc mu przy tym bałagan w jego rzeczach.

Dla mnie jest to emocjonalnie dość obciążające, ponieważ to nie ona musi słuchać narzekań i to nie ona nosi te wszystkie walizki. To wszystko spada na mnie. To ja się muszę im tłumaczyć, prosić, wyjaśniać, radzić sobie z ich niezadowoleniem. Mimo że znam ich krótko to bardzo łatwo mi przewidzieć kto z nich zareaguje bezproblemowo a kto zrobi awanturę. Towarzyszy mi uczucie niesprawiedliwości i dyskomfortu, ponieważ robię to wbrew własnym morałom i wiem, że muszę kogoś potraktować nie fair, nie dlatego że chce a dlatego że jest to moja praca i nie ja o tym decyduje.

Gdzie leży granica człowieczeństwa?

Wydaje się, że w tym biznesie, współczucie to pierwszy krok do bankructwa.

Każdy nowy bezdomny to kolejna indywidualna osobowość, która podlega mojej ocenie. Czasami trudno jest podejść do kogoś indywidualnie, jeśli 80% wszystkich bezdomnych zachowują się tak samo. Daje się niekiedy pozytywnie zaskoczyć, ale zdarza się to rzadko. Z reguły każdy z nich zachowuje się jak rozwydrzone dziecko, które myśli, że może mieć wszystko, na co ma ochotę, bez dawania niczego w zamian. Niektórzy przekraczają wszystkie możliwe granice przyzwoitości a tym samym wyzwalają we mnie ogromną złość, pogardę i bezsilność.

Zdarzają się przypadki, które stają się ofiarami naszej znieczulicy, mimo że na to nie zasługują.

Wczoraj zdarzyła się sytuacja, której byłam świadkiem i która dała mi wiele do myślenia. Rano był u nas młody chłopak, Francuz, który został zameldowany przez organizacje Framework, płacącą za nocleg tym najbardziej beznadziejnym przypadkom. Z rana poleciłam mu by udał się z powrotem do tej organizacji i poprosił, by znowu dali mu u nas nocleg. Chłopak tak też zrobił i wrócił tego samego dnia koło 19:00. Powiedział, że był i że ponownie zarezerwowali mu łóżko w naszym hostelu. Niestety tamtejsza organizacja ma dość duży bałagan. Nikt z pracowników nie raczył do nas zadzwonić i zarezerwować mu miejsca. Chłopak przychodzi przekonany, że będzie miał gdzie spać a okazuje się odwrotnie. Dzwonie do czterech różnych pracowników i nikt z nich nie odbiera telefonu. Niestety muszę mu powiedzieć, że nikt nie zadzwonił i że nie ma dla niego przez to miejsca. Chłopak wkurzony, prosi by mógł osobiście porozmawiać z moją szefową. Ta kłóci się z nim, że zrobiła co mogła i niestety musi iść na ulicę, chyba że zapłaci jej £20 za noc i jeśli naprawdę go zameldowali to ta odda mu pieniądze z samego rana. On, że przecież nie ma pieniedzy bo dopiero na drugi dzień zaczyna prace. W akcie desperacji mówi do niej: „Bądź człowiekiem, pozwól mi zostać tylko dzisiaj.” Ona kategorycznie mu odmawia a ten sfrustrowany, w przypływie złości opuszcza hostel. Po jakiś 10 minutach kiedy jego już nie ma, jej udaje się dodzwonić do jednego z pracowników i okazuje się, że chłopak mówił prawdę ale już go u nas nie było. W takich chwilach jest mi przykro. Wiem, że ten biznes prowadzi od 15 lat i nie jest organizacją charytatywną ale po niektórych naprawdę widać od razu gdy kłamią kub mówią prawdę. Gdyby to zależało ode mnie, pozwoliłabym mu zostać bo coś mi mówiło, że nie kłamał. Z rozmowy przez telefon wywnioskowałam, że nie rozmawiam z człowiekiem a z tyranem. Jej kategoryczne nie, sprawiło, że nawet ja zaniemówiłam i nie chciałam jej sugerować by jednak dała mu szansę. Głupio mi, że na to pozwoliłam. Strach przed negatywnym spojrzeniem i potencjalną utratą pracy doszczętnie mnie sparaliżował.

Ta praca to codzienna walka z samym sobą. To testowanie własnych granic wytrzymałości. To jeden wielki sprawdzian. Ile więcej zniosę? Jak wiele fizycznej pracy wykonam? Jak poradzę sobie z negatywnymi komentarzami na mój temat? Jak się wtedy zachowam w relacji do drugiego człowieka? Jak bardzo nieludzka się stanę? Czy będę potrafiła zachować człowieczeństwo, wobec ludzi których nie lubię i nie szanuje? Czy będę potrafiła nauczyć się tego szacunku do drugiego człowieka, tej wyrozumiałości i współczucia bez względu na to, z jaką niesprawiedliwością z ich strony, codziennie się spotykam?

Nie wiem jak wy ale ja uważam, że każda praca to jak zadanie dane od wszechświata, które ma mnie czegoś nauczyć. Niestety w dość brutalny sposób.