LUDZIE BEZDOMNI: NA GRANICY OBŁĘDU, CZYLI ŻYCIE Z PTSD (POST TRAUMATIC STRESS DISORDER)

ludzie bezdomni

Nie każdy, kto przychodzi do schroniska dla bezdomnych, jest bezdomny. Ben nie był. Jego podupadająca w ruinę szeregówka, groziła zawaleniem. Być może gdyby nie fakt, iż zaczął ją przebudowywać, dalej mógłby w niej mieszkać. Dług hipoteczny i stan nieruchomości, zmusiły go do wystawienia domu na aukcję. Na czas tego całego zamieszania, które nie jako sam sobie zafundował, został skierowany do nas i to przez samo NHS (National Health Service).

Kiedy tylko zobaczyłam go po raz pierwszy, z dwoma wielkimi plecakami, jednym na plecach, a drugim na klatce piersiowej, już wtedy wiedziałam, że będą z nimi kłopoty. Osoba kierowana przez NHS, nigdy nie jest do końca zdrowa, czy to w sensie fizycznym, czy mentalnym. On też nie był. Jak się okazało, cierpiał na PTSD (Post Traumatic Stress Disorder), po polsku: Zespół stresu pourazowego.

Pozwólcie, że go wam krótko przedstawię. Anglik, wiek około 50 lat. Łysy, z wyłupiastymi oczami, bez brwi. Sylwetką przypominał Johny’ego Bravo, tylko że bez włosów. Zawsze nosił bezrękawnik, krótkie spodenki i klapki. Emerytowany żołnierz. Z charakteru bardzo uprzejmy, szybko wychodzący z siebie, dość pedantyczny człowiek nawyku, prześladowca i tzw. bajkopisarz szukający spisku w każdej niedopowiedzianej sytuacji. Przez dobre cztery tygodnie, punkt 7:30 przychodził po śniadanie, a o 21:58 wchodził do kuchni, by przez ostatnie dwie minuty podgrzać sobie jedzenie w mikrofalówce. To, że doprowadzał mnie tym do szału jest chyba dość oczywiste.

PTSD według Wikipedii objawia się m.in. tym, że człowiek ma urojenia. Widzi lub dopowiada sobie w głowie sytuacje, które nigdy nie miały miejsca. Myślę, że z nim było podobnie. To przez wzgląd na niego, zaczęłam się zastanawiać gdzie jest granica pomiędzy obłędem, a jeszcze zdrowym myśleniem, zresztą posłuchajcie sami.

Początek

Ben z racji, iż został przysłany przez NHS, dostał swój własny pokój. Niestety jak to u mnie w schronisku bywa, o kimś tej nocy zapomniano, w innych pokojach zabrakło miejsca, dlatego Ben na tę jedną noc, dostał lokatora. Pomimo ogólnego sprzeciwu, już po jakiś 20 minutach zostali najlepszymi przyjaciółmi, a jak to przyjaciele robią, postanowili, że zjedzą razem posiłek. Oczywiście Anglicy nie są zbyt biegli w sztuce kulinarnej. Mówimy tu o zupie z torebki, która powoli podgrzewała się na gazie. Po jakimś czasie, koło godziny 21:00, słyszę pukanie do drzwi. W nich Ben, z oburzeniem stwierdza, że ktoś wrzucił mu do garnka saszetkę z herbatą i dolał płynu do naczyń. Wzburzony krzyczał, że jak znajdzie sprawcę, to z góry woli mnie uprzedzić, że pojawi się krew na ścianach. Oczywiście nikt nic nie widział i nie było winnego. Sprzątając kuchnię znalazłam tylko kartkę z jego pismem, o treści: „Niech tchórz, który to zrobił, przyzna się do winy!”

Uwierzcie mi, bezdomni są, jacy są. Kłamią, są pazerni na pieniądze i narkotyki, ale w kwestii jedzenia, prędzej by tę zupę ukradli i zjedli, niż robili sobie jaja z kogoś, kogo nawet jeszcze nie znają.

Prześladowca?

Następnej nocy, było tylko gorzej. Tym razem o godzinie 23:00, w moich drzwiach ponownie stoi Ben i ze skonsternowaną miną mówi:

„Emilia, przepraszam, że przychodzę tak późno, ale zaniepokoiła mnie pewna sprawa i czuje się zobowiązany, by ci o tym powiedzieć. Wczoraj w nocy używałem mojego komputera, wylogowałem się ze wszystkiego i schowałem pod poduszkę. Kiedy przed chwilą go otworzyłem, zobaczyłem, że ktoś zalogował się na mojego Facebooka i starał się ciebie znaleźć, wpisując w wyszukiwarkę Amelia, Poland. Chodź to ci pokaże.”

W tym momencie, pewnie wszyscy z was znają to uczucie, kiedy serce podchodzi wam do gardła, a po całym ciele przechodzi dreszcz. Ogarnął mnie tak wielki STRACH, że jedyne co byłam w stanie zrobić, to zamykając za sobą drzwi, powiedzieć, że zaraz to sprawdzę. Traf chciał, że w domu obok był akurat znajomy mojej szefowej, który prosił, bym dzwoniła w razie, gdyby coś się działo. Dzwonię, mówię, o co chodzi i proszę, żeby przyszedł i to sprawdził. Kiedy Ben widzi Martina, wydaje się bardzo zdziwiony z obrotu sprawy. Jeszcze bardziej zdziwiony Martin wraca i mówi, że rzeczywiście coś takiego miało miejsce i w jego facebookowej wyszukiwarce, ktoś chciał mnie znaleźć.

Wiecie jak to ludzie w strachu, panikują i zaczynają wymyślać różne wersje prawdy. Po chwili zastanowienia mówię sama do siebie:

„Emilia postaraj się podejść do tematu tak, jakbyś nie była z nim emocjonalnie związana. Jesteś w schronisku dla bezdomnych, nikt z tych ludzi nawet nie ma swojego telefonu, a co dopiero mówić o komputerze. To są ludzie bezdomni, a nie komputerowi hakerzy. Poza tym, po jaką cholerę ktoś miałby się włamywać komuś na konto tylko po to, żeby obczaić mnie na FB?”

Po namyśle doszłam do wniosku, że facet musiał to sobie zmyślić albo jeszcze inaczej, to on chciał mnie znaleźć, zapomniał, że miał taki plan i wynalazł historię, w której zwala winę na hakerów. Chyba nie muszę wam mówić, że mój stosunek do niego, po tej sytuacji był bardzo chłodny, a kontakt ograniczony do minimum. Mówię o tym szefowej, że mam pewne wątpliwości co do jego osoby i że jest chyba bardziej szalony niż nam się wydaje, a ona: „No trochę specyficzny, ale raczej nie groźny.” – I tu chyba znowu nie muszę mówić, że pieniądze naprawdę mydlą oczy.

Po tej sytuacji niejako inaczej patrze na social media i na to, jak łatwo jest wpuścić kogoś do swojego życia, podając mu jedynie dane z Facebooka. Nie będę się za bardzo rozwodzić, bo to temat na dłuższą dyskusję. Tak czy inaczej, po tej sytuacji ciesze się, że moje imię nie jest angielskie i że Anglicy piszą je jako Amelia, bo tak im wychodzi ze słuchu. W schronisku nikomu się nie legitymuję, dlatego myślą, że nazywam się Amelia lub Danielle. Kiedyś przez niedosłyszenie, jedna z bezdomnych tak mnie przechrzciła, a ja specjalnie nie prostowałam jej wersji prawdy.

Nożowy spisek

Wracając do Bena, kiedyś przy okazji gotowania z innymi bezdomnymi, pożyczyłam ze swojej kuchni nóż, jednej kobiecie. No wiecie jak to jest, oni nigdy nic nie mają, a jak trafi się jakaś rodzina, dla jasności nieangielska, to okazuje się, że każdy z nich chciałby coś ugotować, ale za bardzo nawet nie mają czym sobie mięsa pokroić. Moja pamięć krótkotrwała nie jest za najgorsza i wiem, kiedy komuś coś daje i kiedy mam się o coś upomnieć. Sarah, z trójką dzieci biegających dookoła, gdzieś ten nóż zapodziała i na moją prośbę zwrotu nagle zaczęła panikować i jak to ustaliliśmy, snuć domysły, że może ktoś inny go zabrał. Że najciemniej pod latarnią to wszyscy wiemy dlatego poleciłam, żeby sprawdziła w swoich rzeczach czy może przypadkiem go tam nie wsadziła. Okazało się, że miałam rację, nóż się znalazł, a sytuacja została wyjaśniona. Jedynie Ben, przyglądając się temu wszystkiemu, nagle cały rozemocjonowany, wziął mnie na bok i powiedział: „Emilia! Ona to wszystko uknuła! Specjalnie powiedziała, że ktoś inny go wziął, bo chciała go ukraść!” – Uwierzcie mi, to była tak oczywista i jasna sytuacja, że naprawdę nie ma co się doszukiwać jakiegoś większego spisku, a po jego reakcji odniosłam wrażenie, jakbyśmy brali udział w jakiejś ściśle tajnej operacji wojskowej.

Jeszcze innym razem, moja szefowa podmieniła mu telewizor w jego pokoju, no bo ma do tego prawo i może robić co jej się podoba z wyposażeniem. No to później biegał i szukał tego telewizora w innych pokojach, bo z pewnością ktoś mu go ukradł.

Nie znam jego całej historii i nie wiem, przez co przeszedł i z jakimi traumami czy demonami walczy. Jego przypadek jedynie daje mi do myślenia jak łatwo o utratę zdrowia psychicznego w dzisiejszych czasach. Spotykamy na swojej drodze wielu ludzi i póki nie przyjdzie nam z nimi żyć, tak naprawdę bardzo mało o nich wiemy. Ktoś z pozoru normalny może mieć poważne problemy psychiczne, o których nikt kto nie zauważy to nie wie.

Jak widzicie w takiej pracy nie ma nudy. Dziwi mnie tylko fakt, że do takiego miejsca jak moje, są kierowane osoby z chorobami psychicznymi czy fizycznymi. Nie jestem osobą, która wie jak z takimi osobami postępować, niekiedy nawet sama wybucham i być może wchodząc w dyskusję z kimś takim, sama narażam się na jakieś niebezpieczeństwo, nie wiem. Nad tym muszę popracować, nad zachowaniem spokoju w sytuacjach, w których ten spokój trudno jest zachować. Jeśli to osiągnę to będę się mogła stamtąd zwolnić, bo to będzie oznaczało, że naprawę potrafię pracować pod presją.

Jeśli macie jakieś pytania lub chcecie przeczytać wcześniejsze historie to zapraszam tutaj.
Zostawcie lajka, jeśli się wam podobało i śledźcie mnie na FB, by być na bieżąco.

Powiązane wpisy