ŻYCIE BEZDOMNYCH: BRUDNY HARRY I PASOŻYTY

Daruję sobie dzisiaj wstęp, bo nie nie mam na niego żadnego pomysłu. Przejdźmy zatem do konkretów, a co za tym idzie do sylwetki Harry’ego, którego imię zmyśliłam na potrzeby tekstu. Harry okaże się dosłownie brudny, z kolei pasożyty dosłownie będą pasożytować, ale o tym za chwilę. Zapraszam was na kolejny tekst z serii: Życie bezdomnych.

Początek

Mój pierwszy dzień w hostelu dla bezdomnych, nie mógł być dla mnie łaskawy. Los chciał, bym posprzątała pokój Harry’ego. Może w tym wypadku nie do końca los, a raczej moja szefowa.

„Dzisiaj posprzątamy pokój Harry’ego, pomogę Ci tylko załóż rękawiczki!”

Do końca nie rozumiałam czemu chciała mi pomóc? Przecież pokój jak pokój każdy taki sam. Odkurzanie, kurze, śmieci i tak w kółko. Kiedy otworzyły się drzwi, stanęłam w nich, ubrana w te rękawiczki, w jednym ręku trzymając szmatę, a w drugim spray.

Stoję i się nie ruszam. Stoję i patrze. Stoję i myślę.

Wmurowało mnie w próg tych drzwi. Sfrustrowana już wiedziałam, dlaczego nie chciała, bym sprzątała pokój sama.

Wiele w życiu widziałam. Nie na tyle często, by do tego przywyknąć. Pokój 3 na 3. Chociaż nie, nie mogłam tego nazwać pokojem. Melina 3 na 3. Jeśli ktoś kiedyś widział melinę, to mniej więcej wie, o czym mówię. W nozdrza uderzył mnie smród spoconego niemytego ciała, papierosów, resztek jedzenia i brudu. W drzwiach utworzyła się nie jako bariera ochronna, która nie pozwalała mi wejść do środka. Musiałam otworzyć okno na korytarzu i wstrzymywać oddech, bo szczerze nie wiem jakby się to dla mnie skończyło. Oprócz wszechobecnego syfu i brudu, który panował na stole, pod stołem, obok stołu, na szafce, na podłodze, na łóżku i pod łóżkiem, w centralnym punkcie pokoju, siedział Harry.

Nie ocenia się książki po okładce.

Tak jak nie ocenia się człowieka po tym, jak wygląda. W tym przypadku lub może w przypadku bezdomnych, już po wyglądzie można wywnioskować wiele.

Zatem na łóżku siedzi Harry. Anglik, wiek około czterdziestki. Waga około 200 kg. Siedzi na tym łóżku z wykrzywionymi, dosłownie wykrzywionymi nogami, takimi jak piłkarze mają, a jego stopy i łydki są tak spuchnięte i sine jakby rozwijała się w nich gangrena i z czasem miały mu odpaść. Wiem, widok nie należał do przyjemnych. Niestety zapach też nie. Wyobraźcie sobie, że facet od sześciu miesięcy odkąd do nas przyjechał, nie brał prysznica, bo ma problemy z chodzeniem i nie jest w stanie sam ustać na nogach.

Do chodzenia używa krzesła. Takiego najzwyklejszego z oparciem. Trzymając się go, przesuwa je dalej niczym chodzik i za nim podąża, wykonując przy tym masę dźwięków. Podejrzewam, że boli. Dlatego że boli tak mało wychodzi. Po dworze jeździ na wózku elektrycznym, który waży tonę i wygląda jak maszyna z przyszłości, którą steruję się za pomocą takiego mini drążka jak w samochodzie z manualną skrzynią biegów.

Harry jest brudny. Brudny to mało powiedziane. W języku angielskim jest takie określenie „filthy”, które jest zdecydowanie lepsze. Chodzi tu o brud, którego się brzydzisz i odczuwasz wrażenie, że wszystko w takim miejscu jest skażone.

Tamtego dnia myślałam, że już nic z wyjątkiem jego osoby i wszechobecnego syfu, nic mnie bardziej nie obrzydzi. Myliłam się. Kiedy tak stałam w tych drzwiach, moja szefowa dosłownie wybiegła z niego z czterema przezroczystymi butelkami pomarańczowego płynu i pognała do toalety.

Mocz

Nigdy nie widziałam, żeby ktoś sobie robił w pokoju wystawkę z butelkami pełnymi własnego moczu. Wiecie, osoby niepełnosprawne dostają tutaj tzw. disposal bins (pojemniki na odpady). Jeden pojemnik mu nie wystarczył więc postanowił sikać do butelek po mleku, bo mimo iż toaleta jest za ścianą, to było mu zdecydowanie nie po drodze. Od opróżniania takich pojemników, są tutaj pracownicy socjalni, którzy powinni takie rzeczy robić codziennie. Jakimś dziwnym trafem postać Harry’ego omijają szerokim łukiem. Ja się za przeproszeniem cudzego gówna tykać nie będę, w końcu nie za to mi płacą.

Igły

Oprócz wyżej wymienionych pojemników na mocz, są też pojemniki na igły, takie specjalne żółte, które mogą być opróżnianie tylko w wyznaczonych miejscach, ponieważ są bardzo niebezpieczne. Jego pokój zawsze traktowałam po łebkach byle odkurzyć i wyjść. Co jak co ale z igłami nie ma żartów. Harry codziennie robi sobie zastrzyki w udo z insuliny, szkoda tylko, że nie w warunkach sterylnych.

Wszystko mu pasuje

Przy tym całym bałaganie i brudzie, Harry to całkiem sympatyczny gość. Co prawda jego największym zajęciem jest internetowe bicie rekordu w jednej z gier online, ale przecież każdy musi mieć jakieś hobby. Można z nim porozmawiać, nigdy nie podnosi głosu, jest dość zabawny. Wydaje się, że ma się do czynienia z osobą inteligentną, która nie wiadomo z jakich przyczyn skończyła w takim miejscu. Bez rodziny, bez przyjaciół, bez pracy i bez żadnych rokowań na lepsze jutro tylko dlatego, że mu się nie chcę i wszystko wkoło mu nie przeszkadza. Nie przeszkadza mu do tego stopnia, że wszyscy bezdomni z jego pokoju zrobili sobie przechowalnie, noclegownie i pokój zwierzeń.

Pasożyty

Harry ma pieniądze. Wpaść na bezdomnego z pieniędzmi, to jak odkryć kopalnię złota. Trafić na naiwnego bezdomnego z pieniędzmi, to pierwszy krok do życia na ulicy.

Wyżej wymienione pasożyty, to ci wszyscy fałszywi przyjaciele, którzy zwrócili się do Harry’ego, bo to on sponsoruje noclegi, jeżeli ktoś nie został do nas skierowany przez urząd miasta, to on kupuje jedzenie, a co najważniejsze, to on daje im na dragi i to u niego można bez skrupułów palić, bo przecież i tak jebie i tak jebie.

Z powodu Harry’ego zaszło pewne zjawisko, które zaczęło nam bardzo mocno uprzykrzać funkcjonowanie. Brudny Harry jest jak Robin Hood z Sherwood. Dostaje benefity od rządu i rozdaje biednym. Niestety dla nas to było nie na rękę. Bezdomni zaczęli się tam socjalizować, Harry nocował osoby, które w ogóle nie miały prawa być w budynku, do tego oni wszyscy zaburzali ciszę nocną poprzez nocne schadzki, uprzykrzając przy tym życie nam, pracownikom.

Gdzie ci wszyscy przyjaciele?

Dzisiaj w piątek 13-nastego, nadszedł moment w którym nasz hostel oficjalnie pozbył się Harry’ego, a ja chcąc nie chcąc czuje, że się do tego przyczyniłam. Moja szefowa miała go dość od dawna. Brud, jak i jego osobę można było znieść. Uprzykrzanie życia poprzez notoryczne wpuszczanie do siebie gości, którzy robią problem i nie chcą wyjść, doprowadziło go do miejsca w którym sam wyleciał. Oczywiście, uwaga była zwracana prawie codziennie bez żadnych rezultatów. W nocy jego współlokator przyszedł do mnie wściekły, że nie może iść spać, bo wszyscy u niego siedzą. Miarka się przebrała. Rozmawiam z przełożoną przez telefon i słyszę: „Emilia, ja bym się go z przyjemnością pozbyła, ale jemu już nikt nie chcę pomóc, więc jeśli go wywalę to wyląduje na ulicy.”

Starając się znaleźć wyjście z sytuacji mówię: „Daj mu szansę i powiedz, że jeżeli to się powtórz to wyleci.” –  „Daję mu szanse codziennie od pół roku, ile można?” – I tu wkraczają moje magiczne słowa: „Nie możesz czuć się winna tego jakie życie sobie zafundował. Jeżeli nie jest w stanie dać nic od siebie to dlaczego masz się męczyć? Całego świata nie zbawisz i wszystkim nie pomożesz.” I nagle zapadła cisza. – „Ale wiesz ile my dostajemy za niego pieniędzy?” I wtedy ja: „Na jego miejsce przyjdą inni. Lista chętnych nie ma końca. Musisz zdecydować co jest dla ciebie ważniejsze, pieniądze czy spokój w miejscu pracy. To twój biznes, zrobisz co uważasz za stosowne.” – Kolejna głucha cisza.

Nie minęło 10 minut dostaje SMS-a — „Emilia, karz mu się spakować i udać się do socjalu, napisałam do wszystkich instytucji, że go u nas nie chcemy. Koniec. Klamka zapadła.”

I gdzie ci wszyscy przyjaciele? Okazało się, że nikt z nich nie jest w stanie mu pomóc, bo każdy jest bezdomny i do tego bez pieniędzy. Oczywiście, Nie obyło się bez płaczu i błagań o to, by jednak został. Każdy ma jednak swoje granice wytrzymałości.

Co będzie z Harrym?

Żadna instytucja go nie chce ze względu na to, jak bardzo o siebie nie dba i jak brudnym jest człowiekiem. Szczerze nie wiem co z nim zrobią. Fakt, że jest osobą niepełnosprawną może go postawić w sytuacji w której będą musieli mu zapewnić miejsce do życia, chociaż nie jednego niepełnosprawnego bez nóg można spotkać na ulicy, więc kto wie. Nie życzę mu źle, bo nie jest złym człowiekiem. Trzeba jednak przyznać, że dostał lekcję życia i miejmy nadzieję, że wyciągnie z niej wnioski. Zostać bezdomnym w Anglii i wylądować na ulicy, to już naprawdę trzeba się postarać. Sami jesteśmy Panami swojego życia i od naszych decyzji zależy jak to życie się potoczy.

Jak zawsze jestem ciekawa waszych wniosków i pytań, dlatego zapraszam do dyskusji! Po więcej podobnych wpisów zapraszam tutaj.

Powiązane wpisy