ŻYCIE BEZDOMNYCH: JAK KOŃCZĄ LUDZIE BĘDĄCY W TOKSYCZNYCH ZWIĄZKACH?

20180424_202312

Schronisko dla bezdomnych to taka diabelska kraina, w której nie ma miejsca na tzw. Happy End. Trochę jak w poczekalni. Twoje życie staje pod znakiem zapytania i tylko od twoich decyzji zależy, co się dalej w nim wydarzy. W większości przypadków, historie bohaterów naszego schroniska, z czasem kończą się źle ponieważ ludzkie umysły z reguły są zbyt oporne, by walczyć o lepsze jutro. Jutro, z reguły jest dla nich tylko gorsze.

Dzisiejsza historia nie jest ani przyjemna, ani zabawna, ani optymistyczna, wręcz przeciwnie jest smutna, dość dołująca, ale myślę, że też pouczająca.

Poznajcie Mary.

31-letnia ofiara przemocy domowej. Po 15-nastu latach związku z cyganem (tutaj mówi się na nich IRISH TRAVELERS) jej zdrowie fizyczne, jak i psychiczne uległo takiemu załamaniu, że my wszyscy przy niej, jesteśmy okazami zdrowia.

Miłość potrafi być dosłownie zabójcza. Zraniła kiedyś każdego z nas i niejednego doprowadziła do śmierci. W przypadku Mary mało brakowało. Cena, jaką teraz za to płaci będzie ją kosztowała resztę życia.

O toksycznych związkach wszyscy coś wiemy, niektórzy nawet z autopsji. Z moich obserwacji wynika, że ofiara takiego związku, po pierwsze nie zdaje sobie sprawy, że związek działa na nią destrukcyjnie , po drugie krzywda, która ją spotyka, jest w pełni przez nią usprawiedliwiana i akceptowana i po trzecie, przecież to ofiara zawsze jest wszystkiemu winna. Kiedy już w końcu dotrze do niej prawda, okazuje się, że ma bardzo niską samooceną, totalny brak pewności siebie, a dodatkowo cierpi na depresję czy lęki.

Kiedy poznałam Mary, ewidentnie szukała kogoś z kim mogłaby porozmawiać. Taka rozmowa zawsze działa w jedną stronę, ja słucham, oni mówią. Potrzeba rozmowy niejako sprawia, że przestają reagować na fakt, iż sama też chciałbym coś powiedzieć. Kiedy mówiła, jej oczy co rusz zachodziły łzami, sylwetka robiła się przykurczona, a ciało zaczynało się trząść. Patrzyłam na osobę niewiele starszą od siebie, która przyjęła postawę męczennika. Troszczy się o wszystkich dookoła tylko nie o samą siebie.

Kluczowe wydarzenia dotyczące tej historii mają miejsce trochę ponad rok temu, kiedy to jej partner w przypływie agresji, wlał jej domestos do gardła.

Jeżeli już wam się ta historia nie podoba to mogę jedynie obiecać, że będzie tylko gorzej.Wylądowała w szpitalu, przeprowadzili jej tracheotomie (przebicie tchawicy i wprowadzenie rurki, by mogła oddychać nie używając przy tym nosa, gardła i krtani) do tego zapadła w śpiączkę, a na brzuchu na stałe zamontowano jej worek na odchody. Nazywa się to kolostomia. Więcej wam w tej kwestii nie powiem, bo zwyczajnie się nie znam. Jak by tego było mało, ma przepuklinę i uszkodzony kręgosłup.

Jak widzicie w wieku 30 lat, jej ukochany partner sprawił, że już do końca życia będzie niepełnosprawna. Kiedy obudziła się ze śpiączki, musiała na nowo uczyć się mówić, chodzić i przyzwyczajać się do faktu, iż worek na jej brzuchu, już do końca, będzie podtrzymywał ją przy życiu.

Jej sytuacja już w tamtym momencie była beznadziejna, a to przecież jeszcze nie koniec. Nie muszę wam chyba mówić, że przy tym wszystkim bierze tonę leków, pali papierosy, a z samego rana odkręca dwulitrową butelkę po sprajcie i raczy się szklaneczką cydru.

Tego samego dnia co ją poznałam, okazało się, że jej brzuch dość mocno spuchł i nie obyło się bez interwencji pogotowia. Kiedy wróciła ze szpitala mówiąc, że jest w dziewiątym tygodniu ciąży, jedyne słowa, jakie przeszły mi[przez myśl to: Ja Pier**le!

Okazała się, że wychodząc z jednego toksycznego związku, weszła w drugi. Zaszła w ciążę, jej partner dostał zakaz zbliżania się i w taki sposób skończyła u nas.

Myślałam, że moje życie jest niekiedy skomplikowane i że wiem co to znaczy mieć pod górkę. Chyba nie wiem, bo nie jestem w stanie postawić się na jej miejscu w najmniejszych chociaż procencie.

Możemy tu zwalać winę na los, na Boga, na wychowanie, na wszystko, ale czy to nie jej decyzje doprowadziły ją do miejsca, w którym teraz się znalazła? Bez dachu nad głową, psychicznie i fizycznie zniszczona, do tego w ciąży. Można by powiedzieć, że w momencie, w którym tracimy kontrolę nad tym, co się w ogół nas dzieje, niejako przegrywamy życie.

Wiecie, w jakiejś części jej nawet współczuje, chociaż bardziej współczuje temu jeszcze nienarodzonemu dziecku, które tym alkoholem i papierosami będzie karmione przez następnych siedem miesięcy. Jedni powiedzą że to zwyczajny brak szczęścia, a ja myślę, że raczej brak racjonalnego myślenia bo przecież jak to się mówi, sami jesteśmy Panami swojego losu!

I kiedy tak przychodzę do tej pracy i mam do czynienia z tymi ludźmi, coraz trudniej mi patrzeć na te kolorowe życia ludzi z Instagrama i Facebooka, zdając sobie sprawę z tego, jak wielka przepaść jest pomiędzy nami a bezdomnymi.

Bieda to stan umysłu. Już chyba inaczej się tego nie da wytłumaczyć.  Oczywiście będę trzymać za nią kciuki, bo jak mówiłam nasze miejsce, to jedynie poczekalnia, być może jej życie zmieni się o 180 stopni, jak już nas opuści.

Jeśli drogi czytelniku chcesz przeczytać poprzednie historie, to zajrzyj tutaj!

Dziękuje! 🙂

Powiązane wpisy